14 czerwca 2014

houses of brick

Zamiast uzupełniać zaległości hiszpańskie - nowe miejsce: Londyn u kota potrzebującego opieki na czas urlopu właścicielek. I wprawdzie na lotnisku tanich linii była kolejka większa niż w Polsce, ale i tak mi się podoba. Co? Ten system, w którym się żyje, jakim się jest na skutek tego systemu.
Pierwsza z brzegu scenka z pociągu: wsiadła dwójka ludzi z jamnikami na smyczy. Na ten widok jakiś gość wyciąga cyfrową lustrzankę, kładzie się na podłodze wagonu i zaczyna skamleć, żeby zwrócić uwagę psów i zrobić im zdjęcia. Potem zaczyna rozmawiać z właścicielami. Próbuje też głaskać psy, ale jeden go obszczekuje. Właściciele z kolei ze trzy razy robią miejsce wchodzącym pasażerom (mają dwa psy, a także hulajnogę i uśpioną kilkulatkę na rękach), ale za każdym razem są uspokajani, że tak jest "w porządku". Jeszcze jakaś kobieta pyta o coś młodego chłopaka i on żeby odpowiedzieć szuka w internecie na komórce. Dużo pozytywnych przypadkowych interakcji.
Z okna domu z cegły (a co ważniejsze: domu z ogrodem) widzę dziewczynkę w białej sukience skaczącą na batucie. No to już magia. Zresztą od samego początku czuję się tak, jakbym trafiła do miasta, o którym myślałam, że istnieje tylko w filmach.
Za to po wizycie w sklepie nie mam wątpliwości, że w Hiszpanii jest dużo lepsze jedzenie. No i tu są polskie produkty (np. jedna trzecia piw w osiedlowym sklepiku to polskie marki), dla tutejszych Polaków.
©©ovana

4 czerwca 2014

największe zdziwienie językowe w Hiszpanii

Na studiach nauczono mnie, że w języku hiszpańskim (z wyłączeniem odmiany argentyńskiej) istnieją dwa sposoby zwracania się do osób: tú / vosotros (ty / wy) - do osób bliskich, znajomych, równych pozycją, oraz Usted / Ustedes (pan / pani / państwo) do wszystkich osób nieznajomych. Z tą wiedzą zrobiłam certyfikat językowy, wykonywałam tłumaczenia.

Tymczasem po przyjeździe do SS słyszę, że... Hiszpanie mówią do siebie na ty! Na ulicy, w barze. Ja początkowo uparcie Usted. Stopniowo zaczęło mi to tú przechodzić przez gardło, ale skąd ono się wzięło? To musi być wyraz niedawnej zmiany społecznej, otwarcia się ludzi na siebie, pewnie po śmierci Franco w 1975 roku, choć przecież tak istotne zmiany językowe zachodzą powoli. No ale to już prawie 40 lat, był czas... Nawet król w mowie abdykacyjnej mówi: Zwracam się do was wszystkich... (Me acerco a todos vosotros). Formę pan / pani / państwo spotkałam tylko w bardzo formalnych sytuacjach, np. w oficjalnych zwrotach firmy do klientów, do znacznie starszych, nieznajomych osób (np. kasjerka w markecie do starszego pana: ¿Bolso necesita (Ud.), caballero? Czy potrzebuje pan reklamówkę?), w celu okazania szczególnego szacunku.

Według JJ, znajomej mieszkającej w Hiszpanii i tutaj uczącej się języka, sprawa jest prosta: w Polsce uczyli zwracania się „po polsku". Duży błąd i szok, choć może nie do końca. W końcu w Polsce same pany, nawet ubliżamy sobie posługując się szlacheckim tytułem (Pan jest idiotą!).

2 czerwca 2014

agur Donostia, czyli abdykacja

Dziś powrót do Polski po 3 miesiącach hiszpańskiego życia.

Już na lotnisku w Bilbao wiadomość: król Juan Carlos abdykuje! Król, który wyprowadził Hiszpanię ze spuścizny frankistowskiej... Wyjaśnia między innymi, że nowe pokolenie słusznie pragnie odgrywać pierwszoplanową rolę w kształtowaniu przyszłości (una nueva generación reclama con justa causa el papel protagonista), ale faktem jest, że dwór królewski nie cieszy się obecnie popularnością, do czego na pewno przyczyniły się zarzuty korupcyjne wytoczone mężowi królewskiej córki. Nowym królem wedle porządku będzie najstarszy syn, Felipe, chyba że zostaną przeforsowane zmiany w konstytucji wprowadzające ustrój republikański, czego życzyłoby sobie wielu Hiszpanów.
Tutaj Król ogłasza decyzję o abdykacji.

Wielka szkoda, że nie mogę posłuchać, co na ten temat mówi ulica. Mój sansebastiański czas dobiegł końca. Mam jeszcze sporo do przemyślenia i napisania w związku z tym (np. relacja z podróży na Koniec Świata, mnóstwo detali życia codziennego) i stopniowo będę uzupełniać.

14 maja 2014

rowerzyści w Sanse

Rowerzyści w Sanse mają dobrze. Nawet jeśli jest obowiązek prowadzenia roweru po chodniku (wiem od strażnika miejskiego). Potrzeby rowerzystów są dostrzegane i uwzględniane, a oni sami z kolei starają się dobrze współegzystować z innymi użytkownikami miejskiej przestrzeni, jeżdżąc kulturalnie.
Jakie potrzeby mają rowerzyści? Po pierwsze: muszą gdzieś przechowywać rowery. W moim budynku przystosowano do tego parter patio (po wielu rowerach widać, że dawno nie było używane, ale ostatnio pojawiły się i nówki). Są też - rdzewiejące - poprzyczepiane do ulicznych stojaków:
Po drugie: rowerzyści muszą jakoś poruszać się rowerami w przestrzeni miejskiej. Oto kilka ścieżek rowerowych z Donostii i okolic:
Oświetlony tunel i czytelnie oznakowana organizacja ruchu na ścieżce:
Troska o bezpieczeństwo rowerzysty na drodze publicznej:
Po trzecie: rowerzystą możesz być nawet siedząc na ławce na nadrzecznym deptaku:
Po czwarte: rowerzysta może czasem stawać się motocyklistą i chcieć gdzieś zaparkować swój skuter (wydaje mi się, że bezpłatnie):
Wprawdzie ostatnio podsłuchałam rozmowę, w której pani zwracała uwagę na ciclistas y perros (rowerzyści i psy) tonem typu "to dwa wielkie zagrożenia", ale trudno. I tak się zachwycam. Koniarze mają gorzej:
©©ovana

25 kwietnia 2014

święconka z Irún (zaległość)

Cztery dni po Wielkanocy zobaczyłam na wystawie cukierni - jednej, drugiej - coś, co przypominało święconkę: ciasto z dekoracją w postaci żółtego kurczaczka i kolorowych jajek. Mój wewnętrzny etnograf jakoś przysnął i nie zainteresował się tematem aż do następnego dnia. Chyba nie dowierzał w możliwość wystąpienia powielkanocnej święconki w północnej Hiszpanii, myślał też już o majówce...
Bo i stricte nie była to święconka, tylko ciasto dla chrześniaków, przygotowywane i święcone przez matki chrzestne z miejscowości Irún 25 kwietnia, w imieniny Marka. Jest to w sumie biszkopt z dekoracją, nazywa się opilla. Taka tradición local, dobra okazja do fiesty.
Moja opilla z marketu:
©©ovana

wizyta Argentynów

"Kocham Argentynę, bo to kraj, w którym wszyscy bez zażenowania chodzą z termosami po ulicy!" Zmarzluch :) .
©©ovana

Pascua 2014 (zaległość z polskim akcentem)

Tegoroczna Wielkanoc znowu poza Polską. Odpowiada mi to.
Jak wygląda Wielkanoc w północnej Hiszpanii? Głównym motywem są vacaciones de la Semana Santa - 2 tygodnie wolnego od szkoły, ale niektóre sklepy / bary też się przyłączają (w tygodniu poświątecznym). W Wielkim Tygodniu dniami wolnymi od pracy są czwartek i piątek, potem bardzo aktywna (handlowo, bo ze święconym się nie idzie) Wielka Sobota i znowu wolne aż do wtorku. Wolne, ale nie dla wszystkich: kawiarnie / piekarnie / cukiernie były otwarte cały czas.
W Sanse nie organizuje się ulicznych procesji wielkopiątkowych, takich, jak bywają w Andaluzji - wybrałyśmy się tylko z Mamą na uliczne przedstawienie. Przyszło na nie ze 200 osób, głównie vecinos de la parroquia. Było wprawdzie amatorsko, ale ciekawie wykorzystano przestrzeń uliczną na potrzeby spektaklu.
UZUPEŁNIENIE. Zapomniałam! Na koniec inscenizacji zaintonowano pieśń Victoria, tú reinarás (Zwycięstwo, Ty zakrólujesz - tutaj można posłuchać). Długo nie mogłyśmy z Mamą skojarzyć, skąd znamy tę melodię...... W końcu - oświecenie i wielkie zaskoczenie.
Następne dni były już dla nas głównie spacerowe. Mama wspięła się na wyżyny kulinarne sałatką nicejską, oprócz której jadłyśmy lokalne ciasta: tartę czekoladową (pastel de chocolate) i budyniową z galaretką.


Wielkanocna przejażdżka - Hondarribi. Po drugiej stronie zatoczki jest już Francja:
©©ovana